“Gdzie jest Spot?” Eric Hill

 

 

Do tej pory opisywałam tutaj książki przeznaczone raczej dla starszych dzieci – takie, którymi interesuje się czteroletni Leośko, lub które ja sama uważam za wartościowe. Dziś jednak chcę po raz pierwszy przedstawić książeczkę idealną- moim zdaniem – dla najmłodszych pociech.

 

Gdzie jest Spot?

 

“Gdzie jest Spot?” wydawnictwa Mamania – bo to właśnie o tej książeczce mowa – to kartonowa propozycja już nawet dla rocznych szkrabów. Kolorowe, ale proste ilustracje, sztywne wytrzymałe strony, bezpiecznie zaokrąglone rogi i, co najważniejsze, okienka, które można otwierać i zamykać bez końca. No dobra, z tym “bez końca” przesadziłam – wszystkie klapki wreszcie polegną w bohaterskiej walce z potokami śliny i niedelikatnymi paluszkami, ale w tym cały urok tej lektury. Tak brutalnie potraktowana, wymięta i pokiereszowana może być w przyszłości świetną pamiątką. Ale zapewniam, że do czasu wylądowania w pudle z pamiątkami Spot dostarczy każdemu dziecku mnóstwo radości.

 

Prosta, lecz wciągająca fabuła

 

“Gdzie jest Spot?” to prosta opowieść o psiej mamie, która szuka swojego synka – Spota. Przyszedł czas na obiad, jednak niesfornego szczenięcia nigdzie nie ma. Czy schował się w szafie? A może znajdzie się pod łóżkiem? Poszukiwanie młodego psiaka w różnych miejscach w całym domu to zajęcie wciągające najmłodsze dzieciaki już od niemal 40 lat – wtedy właśnie przygody Spota ukazały się po raz pierwszy w Wielkiej Brytanii, stworzone przez Erica Hilla.

 

 

 

 

Helenka dostała swój egzemplarz Spota w prezencie na tegoroczny Dzień Dziecka, mając półtora roku. Zakup okazał się oczywiście strzałem w dziesiątkę. Hela jest zachwycona ruchomymi klapkami, które skrywają tak wiele niespodzianek. Uwielbiam obserwować ją, gdy uchyla kolejne okienka z radosnymi okrzykami “Nie ma!” i próbuje po swojemu nazywać to, co pod nimi znajduje – w każdym miejscu zamiast Spota skrywa się inne zwierzątko. Chociaż książeczka była przez nas czytana już kilkadziesiąt razy, to za każdym razem odnalezienie szczeniaka na sam koniec wprawia Helcię w ogromną radość – zawsze jest tak dumna ze swojego osiągnięcia, że sama siebie nagradza oklaskami.

 

 

 

 

Od niedawna dostępne w sprzedaży są również dwie następne części przygód uroczego szczeniaczka – “Spot jedzie na wieś” oraz “Spot mówi dobranoc”. Żadna z nich nie zagościła jeszcze w naszej heleonkowej biblioteczce, jednak jestem pewna, że są równie czarujące, co pierwsza część. Wydawnictwo Mamania bardzo dba o wysoki poziom oferowanych przez siebie książek, dlatego wiem, że wszystkie ich nowości mogę w ciemno polecać czytelnikom i zamawiać dla swoich dzieci.

 

 

 

“Gdzie jest Spot?”
Autor: Eric Hill
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 22
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-65796-30-1

 

 

 

Poprzednia recenzja – “Była sobie dziewczynka”

“Jajo czy kura?” – wiersz

Co było pierwsze – jajka czy kury?
Oj, różne słyszałam w temacie tym bzdury.
Ci twierdzący „kura” wcale się nie znają,
bo to oczywiste, że pierwsze było jajo!

 

Choć niekoniecznie kurze, może dinozaura…
Nad tym twoim jajem wisi dziwna aura!
– orzekła babka cioteczna T-Rexa.
Oj, z tego gada wyrośnie ci beksa!

 

W rozpacz popadła mama gadzina.
Och, taka mała jest moja dziecina.
Potężne i wielkie są wszystkie jajka,
ale to moje… to inna bajka!

 

Tata dinozaur zawołał: „To czary,
rzucił je na nas ten szaman z pieczary!
Za to, że wieki na niego poluję!
Ciekawe, co nam się teraz wykluje…

 

Wszystkie dinusie wykluły się wiosną,
nadeszło lato i wciąż pięknie rosną.
Lecz jeden nadal się wykluć nie może,
rodzina pogania: „Dasz radę, nasz stworze!”.

 

Jesienią, gdy mama wciąż jajo tuliła,
całkiem przypadkiem je uszkodziła.
Wtedy zaczęło chrobotać i stukać.
Już jednym okiem coś z niego kuka!

 

Lecz to nie gad, to coś ma piórka!
Z jaja swój łebek wychyla… kurka!
Zupełnie inna od gadziej rodziny.
Oj, chciałbyś wtedy widzieć ich miny…

 

I chociaż pokraczne to było stworzenie,
to mama kochała je wprost szalenie.
Oto więc koniec odwiecznej „rozkminy”:
i jaja i kury są od… gadziny!

 

 

 

 

Wierszyk “Jajo czy kura?” napisałam na pewien internetowy konkurs, jednak po małej modyfikacji i poprawkach uznałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, by i nasi młodzi czytelnicy mogli się nim cieszyć. A wy jak myślicie – pierwsze było jajo, kura, czy może… dinozaur? 😉

 

Polecam także inny wiersz w “kurzym” temacie – “Kura i nowa fryzura”Statystyki mówią, że jest to jedna z waszych ulubionych rymowanek! 🙂

 

Będzie mi miło, jeśli polubisz HeLeonki na Facebook’u! 🙂

 

“Kocia muzyka”

To ten wieczór – dziś Karola
zrobi pokaz rock n’rolla,
zarapuje hip-hopowo
i zaśpiewa pieśń folkową.
Już widownia zapełniona:
babcia była zaproszona,
mama, tato, no i kotki
(nie zwyczajne, lecz maskotki).

 

Na rozgrzewkę: piękna gama!
Dopinguje córcię mama.
DO RE MI FA SOL LA SI …
A… a… a… aaa… A psik!
Karolinka nagle psika,
kicha, prycha… A muzyka?
Póki coś ją kręci w nosku,
wisi występ jej na włosku.

 

Myśli chwilę Karolinka.
Nagle zmienia się jej minka,
bo dostrzega dziwne znaki
tam, gdzie siedzą jej kociaki!
Choć to dziwne, jeden pluszak
w rytm melodii głową rusza!
Chwila… Czy to kot sąsiada?
Co tu robisz, kocie? Biada!

 

Skąd kichanie? Wiem! Olśnienie!
To na kota uczulenie!
Starczy jeden koci włos,
Karolinka traci głos.
Aby śpiewać bez kłopotów,
musi strzec się żywych kotów,
ale warto – gdy zaczyna,
chwali ją cała rodzina.

 

 

 

“Kocia muzyka” to wiersz napisany specjalnie dla Karolinki – 9-letniej pasjonatki śpiewu i wielbicielki kotów, choć niestety mającej alergię na ich sierść. Mama Karolinki wygrała go w naszym konkursie “Dziecko z pasją”. Raz jeszcze serdecznie gratuluję i mam nadzieję, że zarówno “Kocia muzyka”, jak i ta prawdziwa będą dostarczać wam mnóstwo radości 🙂

 

Polecam także wierszyk napisany specjalnie dla Jasia – “Psotnik Jasio” 

 

Twoje dzieci lubią heleonkowe wierszyki? Koniecznie polub naszą stronę na facebook’u by być na bieżąco i nie przegapić żadnej nowości 🙂 Będzie mi też bardzo miło, jeśli udostępnisz posty o wierszykach znajomym 🙂

 

“Bzionek” – wiersz z serii Stworzenia Słowiańskie

Tomeczku mój drogi, siostrzyczka jest chora,
przydałaby mi się z czarnego bzu kora,
zaparzę ją siostrze z łyżeczką miodu,
czy przyniósłbyś trochę kory z ogrodu?
Mama syneczka o pomoc prosi,
on zawsze chętnie jej wszystko przynosi.

 

Pod krzew bzu biegnie prędziutko Tomek,
tam bzionek posiada swój mały domek,
on o rodzinę się troszczy w sekrecie,
ale Tomeczek wie o nim przecież.
Bzionku kochany, szukam pomocy,
siostrzyczka czuje się źle od północy!

 

Jeśli mi kory ciut zaczarujesz,
zaraz z pewnością się świetnie poczuje!
Bzionek nie daje się prosić długo,
bo przecież jest wiernym domowym sługą.
Od wieków leczy dziecięcy ból brzuszka,
wystarczy o korę poprosić duszka.

 

 

Bzionek to domowy duszek opiekuńczy w postaci maleńkiego człowieczka, którego zadaniem było strzeżenie rodziny i gospodarstwa przed złymi czarami. Swoje miano sympatyczny stworek zawdzięcza krzewowi czarnego bzu, pod którym podobno zamieszkiwał. Właśnie dlatego czarny bez był dawniej szczególnie chroniony – nie wolno było go dla kaprysu ścinać, ani nawet palić jego fragmentami w piecu. Czarny bez, a konkretnie jego kwiaty, owoce i kora były uznawane za jedne z najskuteczniejszych lekarstw na dolegliwości trawienne i nie tylko. Gorączkujące dzieci zanoszono nieraz pod ten krzew, by bzionek je wyleczył.

 

Jako że zimowo-wiosenny sezon zachorowań ma się świetnie, pomyślałam, że dobrze byłoby przywołać w wierszu duszka opiekuńczego otaczającego szczególną troską dziecięce zdrowie. Gdy Hela i Leo chorują, lubię sobie czasem przypomnieć naturalne metody lecznicze i zamiast sięgać od razu po silne leki, wolę wspomóc trochę organizmy moich pociech na przykład wspomnianym czarnym bzem. Napar z kwiatów lub sok z owoców czarnego bzu to bardzo wszechstronne leki na przeziębienie – obniżają temperaturę, łagodzą kaszel, a dzięki sporej zawartości witamin wzmacniają odporność. Natomiast napar z kory pomaga szczególnie w przypadku bólu brzucha, pobudza pracę jelit i działa oczyszczająco na organizm. Brzmi obiecująco, prawda? A ty masz swoje sprawdzone, naturalne sposoby na walkę z choróbskami? Koniecznie podziel się nimi w komentarzu. Będzie mi też miło, jeśli udostępnisz na Facebook’u wiersz o bzionku – może wieść o pomocnym duszku przyda się jeszcze jakiemuś choruszkowi 🙂

 

Poprzedni wiersz z serii “Stworzenia Słowiańskie” – “Maruda”  

“Jak się pozbyć Złoślinka?” – bajka

Pięcioletni Antoś, przez rodziców zwany żartobliwie Ancymonkiem, to prawdziwy psotnik. Wszędzie go pełno, a gdy akurat nie może pobiegać lub poskakać, staje się nerwowy.

 

Gdy pewnego marcowego dnia Antoś wrócił z przedszkola, chciał natychmiast pójść pobawić się na podwórku. Niestety – wiosenna pogoda nie rozpieszczała i wciąż było bardzo zimno, w dodatku właśnie zaczynał padać deszcz. Właśnie dlatego mama stanowczo sprzeciwiła się zabawie na świeżym powietrzu. Nie chciała, by synka znów dopadł katar.
Antosiu, wyjdziemy na podwórko jak tylko deszcz przestanie padać. Obiecuję synku, a teraz możemy razem…
Ale Antek już nie chciał słuchać o tym, co może porobić wspólnie z mamusią. Zakaz wyjścia na dwór tak go rozgniewał, że w sekundę rzucił się na podłogę i zaczął w nią uderzać zaciśniętymi piąstkami. Mama zachowała spokój. Jak wiele razy wcześniej, chciała po prostu przeczekać antosiowy atak złości. Ale gdy chłopczyk zaczął dodatkowo strasznie głośno krzyczeć, wpadła na pewien pomysł…

 

 

 

Mama otworzyła szafę, w której schowane były zabawki do piaskownicy. Po chwili wyjęła z niej niewielkie zielone wiaderko z czerwoną rączką. Podeszła z nim do Antosia, ukucnęła i…
Szybko, wyłaź z mojego synka! – zawołała mama, lekko przykładając wiaderko do buzi chłopca. Krzyk Antka zabrzmiał zabawnie, zniekształcony przez plastikowy pojemnik. Po chwili mama zakryła wiaderko dłonią, tak jakby chciała dopilnować, by nic z niego nie uciekło.
No, w końcu cię mam, Złoślinku!

Dziwne zachowanie mamy na tyle zainteresowało chłopca, że jego usta momentalnie się zamknęły i w pokoju zapanowała cisza. Antek w milczeniu obserwował, jak jego mamusia otwiera okno i wysypuje na zewnątrz zawartość wiaderka.

Wreszcie mamy cię z głowy! – zawołała.
Eee… Co ty zrobiłaś, mamusiu? – zapytał chłopiec pod nosem.
Jak to co? Właśnie przegoniłam tego wstrętnego Złoślinka! Nie mów mi, że go nie znasz Antosiu. Przecież sam chyba słyszałeś, jak potwornie krzyczał do nas z twojego brzuszka!
Oczy chłopca szeroko otworzyły się ze zdumienia. Co to za jeden, ten Złoślinek? I niby skąd on wziął się w jego brzuszku? Widząc pytający wzrok chłopczyka, mama postanowiła opowiedzieć mu o tym niemiłym stworzeniu.
Antosiu, Złoślinek to taki mały stworek, który lubi czepiać się dzieci. Ten mały łobuz wykorzystuje każdą sytuację, która ci się nie podoba, by przez nosek wślizgnąć się wprost do twojego brzucha. Chwilkę w nim siedzi, rozpychając się łapkami – to ten moment, w którym czujesz się tak, jakbyś zaraz miał wybuchnąć. I właśnie wtedy Złoślinek próbuje wyjść. Ale to nie jest wcale łatwe i dlatego tak głośno krzyczy. Ależ on potrafi narobić hałasu… A więc kiedy już dopadnie cię taki Złoślinek, nie trzeba wcale próbować go powstrzymywać. Lepiej dać mu się wykrzyczeć, a jeśli ma się wtedy przy buzi wiaderko, to można go od razu szybciutko schwytać, wygonić na dwór i po problemie!

 

 

Antoś zastanawiał się chwilę nad słowami mamy. Co za niemiłe stworzenie z tego Złoślinka… Dobrze, że mamusia dała radę go prędko przegonić, bo gdyby nie ona, nie wiadomo jak długo jeszcze trwałyby jego straszne wrzaski.
– Mamo, a czy ten Złoślinek wróci? – zapytał Antek.
Obawiam się, że tak, synku. To bardzo podstępny stworek. Kiedy już raz sobie upatrzy dziecko, lubi czasem je odwiedzać. Ale przecież teraz już znasz na niego sposób, prawda?
– Tak mamusiu, pamiętam – wiaderko. Następnym razem na pewno sam go złapię i wyniosę!
– Na pewno Antosiu, to wcale nie jest takie trudne. – Mama była bardzo zadowolona, że prędko udało się zażegnać kryzys. Rozmowa o Złoślinku okazała się bardzo wciągająca i dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że przez chmury nieśmiało przebija się słonko.
Deszcz przestał padać, Antosiu! Teraz w końcu możesz wyjść na podwórko.

 

Chłopiec świetnie się bawił na świeżym powietrzu. Podczas gry w piłkę kilka razy rozglądał się wokół, czy gdzieś przypadkiem nie kręci się Złoślinek, ale nigdzie nie było nawet śladu po niemiłym stworku. Całe szczęście, bo Antkowi dopisywał humor i nie chciał, by to się zmieniło.

 

KONIEC

 

Jakie wrażenie zrobiła na waszych dzieciach ta krótka bajeczka? Czy Złoślinek nie wydał się im dziwnie znajomy?
Wymyśliłam Złoślinka podczas jednego z napadów złości mojego synka Leosia. Ta historyjka okazała się strzałem w dziesiątkę – odkąd Leo może sobie jakoś wyobrazić tą trudną emocję, którą jest złość, zaczął sobie nieco lepiej radzić z jej opanowywaniem. Chciałabym, by to opowiadanie pomogło również innym dzieciom. Jeśli chcecie, możecie wspólnie rozbudować opis Złoślinka – nadać mu imię, opisać szczegóły wyglądu. Wszystko zależy tylko od waszej wyobraźni. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jakie były efekty!

 

Close