“Kleiste mazidło, czyli o tym, jak bagiennik rozbił gang orzesznic” – część pierwsza przygód Zenka Zabagnistego

Czy miałeś kiedyś okazję spotkać bagiennika? Założę się, że nie! I nic w tym dziwnego, bo można go zobaczyć jedynie nocą i wyłącznie na bagnach nad rzeką Biebrzą. Byłeś tam kiedyś po ciemku? Moi rodzice nigdy by mi na to nie pozwolili! Właśnie dlatego dopiero niedawno odkryłam, że coś tak pokracznego jak bagiennik w ogóle istnieje. Pozwól, że ci o nim opowiem…

 

Aneta Wiśniewska - Bagna Biebrzańskie

 

Jak już wspomniałam, bagiennik żyje na bagnach. Upatrzył sobie te najbardziej malownicze w Polsce – Bagna Biebrzańskie. Pewnie myślisz, że bagiennik to jakieś dziwne zwierzę, ale muszę wyprowadzić cię z błędu. Bagiennik to demon. Tylko się nie bój! Zapewniam, że nie wszystkie demony są złe! Ten konkretny gatunek bywa nawet całkiem miły. Chociaż na takiego nie wygląda… Tak między nami powiem, że bagienniki są szkaradne. I pokraczne. Niezgrabne, brzydkie, oślizgłe… I do tego koszmarnie pachną. Może właśnie dlatego są z natury nieśmiałe. Po prostu wiedzą, że na ich widok każdy ma ochotę uciekać z krzykiem. Dla świętego spokoju wolą się nie pokazywać, gdy nie jest to absolutnie konieczne. Ale jeśli kiedyś zobaczysz coś okrągłego, zgniłozielonego, mającego około metra wzrostu i na dodatek z wielkim nosem na środku czoła, to możesz mieć pewność, że masz przed sobą właśnie bagiennika.

 

Teraz pewnie zastanawiasz się, dlaczego opowiadam ci o czymś tak wstrętnym? Otóż dotarły do mnie ostatnio plotki, że pewien bagiennik, Zenek Zabagnisty, został bohaterem! Wiem – to brzmi wprost nieprawdopodobnie, ale są dowody na to, że to właśnie on rozbił złodziejski gang orzesznic! Sam posłuchaj…

 

Aneta Wiśniewska - bagiennik Zenek Zabagnisty

 

Choć była już jesień, ta noc była wyjątkowo przyjemna. Powietrze nad Biebrzańskimi Bagnami było ciepłe i wilgotne. Właśnie takie noce Zenek Zabagnisty lubił najbardziej – usadawiał się wtedy wygodnie w swoim niewielkim bajorku osłoniętym wokół wierzbowymi gałązkami i powoli delektował się swoim ulubionym błotkiem z miętą. Cóż więcej było mu potrzebne do szczęścia? Bagiennik wciągnął głęboko w swoje olbrzymie nozdrza wielki łyk powietrza – pachniało nadgniłą roślinnością. Zenek czuł w kościach, że już niedługo znów dopadnie go alergia, ale na razie postanowił cieszyć się błogim odpoczynkiem.

 

W pewnej chwili stwór usłyszał ponad swoją głową dziwne odgłosy. Czy tylko mu się wydawało, czy rzeczywiście w wierzbowej dziupli toczyła się jakaś piskliwa rozmowa? Choć bagiennik był niezwykle kulturalny i wiedział, że podsłuchiwanie jest z gruntu złym uczynkiem, to i tak nadstawił ucha. Coś było bardzo, ale to bardzo nie w porządku.
Olo, dawaj szybko te żołędzie, znalazłam na nie doskonałą kryjówkę! To bajoro pod wierzbą tak cuchnie, że nikt się do niego nawet nie zbliży, więc nasz łup będzie w tej dziurze bezpieczny!
Jesteś pewna, Iga? Wiesz, co będzie, jeśli wiewióry znowu nas nakryją…
Nie pękaj, Olo! Jesteś orzesznica, czy zwyczajny tchórz? Dobrze wiesz, że jeśli do Zimowego Staniasłońca nie dostarczymy Frycowi całego towaru, to zamiast Szczodrych Godów będziemy mieć Głody.
– Chyba masz rację… Wiewióry to pikuś w porównaniu z gniewem Fryca…
W końcu głosy ucichły. Po chwili Zenek dostrzegł sylwetki pary orzesznic, zbiegających bezszelestnie na ziemię.

 

Aneta Wiśniewska - Orzesznice

 

Gdy bagiennik obudził się następnej nocy, postanowił pospacerować. Choć był niezgrabny i przez swoją oślizgłą skórę często się potykał, to właśnie podczas przechadzek najlepiej mu się myślało. Kiedy po godzinie już prawie doszedł do wniosku, że nie chce wtrącać się w niecne uczynki orzesznic, zobaczył siedzące na pobliskiej brzozie wiewiórki. Rodzina Rudzielców strasznie lamentowała.
Nie przetrwamy tej zimy, Tosia! Nasze zapasy zniknęły, nie został ani jeden, maleńki żołądź! Nie mamy już nawet suchych łupinek! Nawet jeśli teraz znów weźmiemy się do roboty, do zimy nie nazbieramy zbyt wiele jedzenia…
Jak my wykarmimy dzieci, Tomku? Och, nasze biedne maleństwa, tak się o nie boję!
W tym momencie w Zenku Zabagnistym aż zagulgotało. Jego policzki z gniewu zapłonęły neonową zielenią, a z nozdrzy zaczęła buchać śmierdząca para. “Już ja dam popalić tym wstrętnym orzesznicom!” – pomyślał. “Nie pozwolę, by dzieci państwa Rudzielców umarły z głodu!

 

Aneta Wiśniewska - Zenek Zabagnisty i wiewiórki

 

Po powrocie do Wierzbowego Bajorka Zenek postanowił się zaczaić. Swoim zwyczajem zanurkował głęboko w mętną wodę, chcąc pozostać niezauważonym. Nie było dla niego problemem oddychanie pod wodą, ponieważ w razie potrzeby potrafił czerpać tlen bezpośrednio przez skórę. Z resztą i tak okazało się, że nie musiał długo czekać na złodziejskie orzesznice. Już po kilkunastu minutach znów pojawiły się na gałęzi tuż przy dziupli. Gdy niczego nieświadome zwierzaki doglądały swoich łupów, bagiennik z głośnym pluskiem wynurzył się z wody. Przestraszone tym dźwiękiem orzesznice chciały natychmiast uciekać, ale było już za późno! W mgnieniu oka Zenek wystrzelił ze swego nosa kleistą, ciągnącą się i baaardzo śmierdzącą maź, która oblepiła futrzaki od stóp do głów tak, że nie mogły się ruszyć.
A mam was, złodziejaszki! – wykrzyknął uradowany demon. Orzesznice strasznie się szamotały, walcząc z obrzydliwą mazią o wolność, jednak na nic zdawały się ich wysiłki – substancji można było pozbyć się jedynie za pomocą wywaru z fiołka mokradłowego.

 

Aneta Wiśniewska - Uwięzione orzesznice

 

Zenek Zabagnisty nie chciał od razu uwalniać pary złośliwych zwierzaków, dlatego najpierw wydobył z dziupli zapasy państwa Rudzielców. Trochę to trwało, ponieważ bagienniki nie zostały stworzone do wspinania się na drzewa. Ślimaczym tempem zziajany demon dotarł pod brzozę, na której wczorajszej nocy widział wiewiórki i swym grubym głosem zawołał w stronę gałęzi:
Jesteście tam, Rudzielce?
Tosia pierwsza wychyliła głowę zza konaru. Gdy zobaczyła stojącego pod drzewem szkaradnego stwora, aż zatrzęsła się ze strachu. Natychmiast czmychnęła, a zamiast niej pokazał się jej mąż – Tomek Rudzielec. Choć było widać, że również jest przerażony, starał się przynajmniej wyglądać na odważnego.
Czego od nas chcesz, stworze? Już dosyć mamy kłopotów!
Zawsze to samo, dlaczego oni wszyscy myślą, że skoro jestem brzydki, to na pewno wredne straszydło ze mnie? – zamruczał pod nosem poirytowany bagiennik, po czym nieco głośniej dodał: – Mam coś dla was, Rudzielce! Doszły mnie słuchy, że potrzebujecie prowiantu na zimę!
Czy… czy to ty ukradłeś nasze zapasy? – zdenerwowany wiewiór Tomek prędko wyciągnął błędne wnioski.
Ech, wiewiórze, na co zdałyby mi się te wasze żołędzie? Ohyda, nie to co koktajl z larw komara… Odebrałem wasze zapasy dwóm orzesznicom, które zwędziły je dla jakiegoś tam Fryca… 
Fryca?! – krzyknął Tomek. – Przecież ten łotr został wygnany z Bagien już dawno temu! To był strasznie podły leń! Zamiast całą jesień zbierać własne zapasy, on zawsze żądał od wiewiórek i innych małych zwierząt haraczu z okazji Zimowego Staniasłońca. Organizował dla swojej bandy orzesznic najbardziej huczne Szczodre Gody w całej okolicy, podczas gdy inne zwierzęta głodowały… Sądziliśmy, że po wydaniu na niego wyroku wygnania już nigdy tutaj nie wróci… 
Zenek Zabagnisty oddał zmartwionym wiewiórom ich zapasy i po wysłuchaniu gorących podziękowań zaczął pomału wracać do domu. Całą drogę zastanawiał się, jak na dobre pozbyć się tego całego Fryca z Biebrzańskich Bagien. Wreszcie wpadł na pewien pomysł…

 

Aneta Wiśniewska - Bagiennik zwraca zapasy wiewiórek

 

Gdy bagiennik dotarł pod swoją wierzbę, orzesznice wciąż były uwięzione w demonicznej mazi. Zenek zbliżył się do nich i zaproponował pewien układ.
Chcecie się uwolnić, gagatki? – zapytał. Zwierzaki delikatnie pokiwały głowami, ponieważ tylko na taki ruch pozwoliła im gęsta substancja. – Wyciągnę was z tej pułapki, jeśli w zamian zaprowadzicie mnie do Fryca!
Po ponownym potaknięciu ze strony orzesznic, Zenek przystąpił do parzenia naparu z fiołka mokradłowego. W tym celu musiał udać się do położonej nieopodal opuszczonej chaty, z której czasem korzysta w tajemnicy tylko pewna stara szeptucha. Gdy mikstura była już gotowa, bagiennik zaczął nią pomału polewać dolne łapki uwięzionych zwierzaków. Górne na wszelki wypadek pozostawił jeszcze sklejone, tak, by orzesznice nie mogły go wystrychnąć na dudka i uciec. Kiedy obie orzesznice były już jako tako zdolne do poruszania się, od razu wyruszyli w drogę.

 

Aneta Wiśniewska - Napar z fiołka mokradłowego

 

Po niezbyt długiej wędrówce grupa złożona z Zenka i dwóch gryzoni dotarła pod rozłożystą leszczynę. Bagiennik stanął w cieniu, tak, by jak najdłużej pozostać niezauważonym. Iga, jako odważniejsza z dwóch orzesznic, zawołała piskliwie:
Fryc! Fryc, to my, Iga i Olo! 
Już po chwili oczom Zenka ukazał się owiany złą sławą zwierzak. Fryc był wyjątkowo wyrośniętą orzesznicą, jednak dla bagiennika nie był to powód do strachu.
Lepiej, żebyście mieli ze sobą moje żołędzie, inaczej od razu zejdźcie mi z oczu, dobrze wam radzę! – gniewnie zagrzmiał Fryc. W tym samym momencie Zenek wysunął się zza drzewa i po raz drugi tej nocy wystrzelił z nosa swą mazią. Mimo wrodzonej niezgrabności doskonale potrafił celować, dlatego już po chwili unieruchomiony i bardzo zdziwiony Fryc zsunął się z gałęzi na ziemię.
Posłuchaj mnie uważnie, kolego. – odezwał się Zenek, próbując zrobić jak najgroźniejszą minę. – Nie jest ci chyba zbyt przyjemnie tak leżeć sobie, nieruchomo jak kłoda, prawda? – orzesznica lekko pokręciła głową na znak protestu. – No więc ja ci teraz obiecuję, a zawsze dotrzymuję obietnic, że jeśli jeszcze choć raz postawisz swą lepką łapkę na terenie Biebrzańskich Bagien, to znów uraczę cię moimi glutami. Tylko pamiętaj, że następnym razem mogę nie mieć ochoty cię z nich uwolnić… Rozumiesz? 
Przerażenie w oczach Fryca starczyło Zenkowi za potwierdzenie. Użył więc reszty fiołkowego naparu do uwolnienia wszystkich trzech orzesznic z klejącej mazi. Po odzyskaniu wolności zwierzaki nie namyślając się długo wzięły nogi za pas. Zenek uśmiechnął się z zadowoleniem. “Coś mi się zdaje, że prędko ich tu nie zobaczę…” – pomyślał.

 

Aneta Wiśniewska - Przegnanie orzesznic

 

No, teraz znasz już całą historię. Niewiarygodne, prawda? Ale chyba zrozumiałeś, że nawet demoniczny bagiennik to tak na prawdę może być równy gość. Wiewiórki w podziękowaniu za ocalenie ich zapasów rozniosły po całych Bagnach Biebrzańskich wieść o bohaterskiej postawie Zenka Zabagnistego. Dzięki temu część zwierząt przestała się go bać, a on sam nie musi już chować się przez całe noce w swoim bajorze. Ech, chciałabym go kiedyś osobiście spotkać. Coś czuję, że na pewno byśmy się dogadali, jeśli tylko odpowiednio mocno zatkałabym nos.

 

KONIEC

 

Domyślam się, że niektóre nazwy użyte w bajce mogą być niezrozumiałe dla młodego czytelnika, dlatego zachęcam do dodatkowego zapoznania się z ich wyjaśnieniami:

  • Bagiennik – słowiański demon wodny, zamieszkujący podobno bagna i stawy w okolicach rzeki Biebrzy. Choć bardzo brzydki, nie był groźny dla ludzi, o ile go nie niepokojono. Rozgniewany potrafił utworzyć nad moczarami gęstą, trującą i śmierdzącą mgłę. Umiał również wystrzeliwać gęstą maź ze swoich nozdrzy umieszczonych na środku czoła – Słowianie wierzyli, że choć paskudna, to potrafi ona leczyć wiele schorzeń, takich jak reumatyzm czy choroby serca. W Bestiariuszu Słowiańskim wydawnictwa Bosz występuje bardzo podobny demon – ćmuch, którego ilustracja i opis stanowiły główną inspirację podczas tworzenia postaci Zenka.
  • Bagna Biebrzańskie – inaczej Kotlina Biebrzańska, to jedna z największych europejskich ostoi dzikiej przyrody położona na Podlasiu. Większą część terenu doliny rzeki Biebrzy zajmuje Biebrzański Park Narodowy, znany z ogromnej różnorodności gatunków roślin oraz zwierząt, szczególnie ptactwa. Bagna Biebrzańskie uchodzą za najpiękniejsze w całym kraju.
  • Zimowe Staniesłońca / Szczodre Gody – słowiańskie święto obchodzone w dzień przesilenia zimowego. Cieszono się wtedy ze zwycięstwa światła nad ciemnością – od tego czasu dzień zaczynał się wydłużać. Dzisiaj w podobnym czasie przypada chrześcijańskie Boże Narodzenie, choć zwyczaje są bardzo podobne do tych, które obowiązywały Słowian podczas Szczodruszki (kolędowanie, uroczysta wieczerza, 12 potraw, upominki dla dzieci i inne).
  • Orzesznica, a właściwie orzesznica leszczynowa – to niewielki gryzoń z rodziny popielicowatych o szaro-rudym ubarwieniu futerka i długim, choć nie tak puszystym jak u wiewiórki ogonie. Żyje głównie w lasach, gdzie prowadzi nocny tryb życia i żywi się między innymi orzechami, jagodami i żołędziami.

 

Wszystkie ilustracje do opowiadania o Zenku wykonała specjalnie na moją prośbę pani Aneta Wiśniewska. Aneto, raz jeszcze bardzo ci dziękuję! Proszę, uwierz wreszcie, że twoje prace są wspaniałe, niesamowite i … po prostu najpiękniejsze na świecie!

 

Polubiliście sympatycznego bagiennika? Jeśli macie ochotę na więcej historii o Zenku Zabagnistym, koniecznie dajcie znać! Możecie również udostępnić informację o bohaterskim demonie swoim znajomym na Facebook’u! 🙂

“Stukacz i Baj” – wiersz z serii Stworzenia Słowiańskie

Na strych wprowadził się pewien stukacz,
czego, do licha, właściwie szuka?
Małe, kudłate stworzenie złośliwe,
do tego niezwykle jest hałaśliwe…
Nocami tupie, stuka i szura,
wypłoszył z piwnicy już nawet szczura,
wypłoszył myszy, gołębie z dachu,
oj, zna się stukacz na swoim fachu…
I szkoda tylko, że przy tym nocami
dzieciaki straszy tymi hałasami.
Rodzice garściami rwą z głowy włosy,
jak by uciszyć te nocne głosy?
Wołanie o pomoc usłyszał baj,
pomyślał sobie: „no, w to mi graj!”,
cichutko wleciał pod dzieci łóżko
i odtąd co noc im śpiewa na uszko.
W zamian co wieczór cierpliwie czeka
na obiecaną miseczkę mleka.

 

Baj czuwający nad słodkim snem dziecka – rys. Anety Wiśniewskiej

 

P.S. Na koniec ode mnie krótkie wyjaśnienie,
że stukacz to prosto z podań stworzenie,
które zamieszkuje w domach poddasza
i hałasami dzieciaki odstrasza.
Baja także znalazłam w słowiańskich mitach,
a gdyby ktoś mnie o niego zapytał,
to rzekłabym, że z niego gawędziarz,
który tysiące bajek pamięta
i cicho spod łóżka je w nocy nuci,
by dzieci hałas żaden nie zbudził.

 

Poprzedni wiersz z serii “Stworzenia Słowiańskie” – “Leszy”

 

Wiersz “Stukacz i Baj” spodobał się twoim dzieciom? Koniecznie polub HeLeonki na Facebook’u, by być na bieżąco i nie przegapić naszych nowych rymowanek! 🙂

 

 

“Szkolne kłopoty groźnego Rysia” – bajka

Pewnego letniego poranka w Leśnej Szkółce zawrzało. W klasie Pani Sowy rozniosła się wieść o tym, że jeszcze tego samego dnia do grupy dołączy nowy kolega – ryś. Młode zwierzątka były bardzo podekscytowane – jeszcze żadne z nich nigdy nie widziało na własne oczy prawdziwego rysia, nikt nie miał nawet pojęcia, jak on może właściwie wyglądać. Będzie podobny do dzika? A może to jakiś daleki krewny jelenia?

 

Gdy tylko Pani Sowa potrząsnęła dzwonkiem oznaczającym początek lekcji, wszystkie zwierzaki nadstawiły uszu zaciekawione tym, co zaraz usłyszą. Nauczycielka z szerokim uśmiechem na dziobie przemówiła:
Drogie zwierzaczki, dziś dołączy do was nowy kolega – ryś Rysiek. Mam nadzieję, że ciepło przyjmiecie go w swoim gronie. Rysiek razem z rodziną przybył do naszego Lasu z bardzo daleka i na pewno czuje się trochę onieśmielony. Chciałabym, żeby z waszą pomocą poczuł się u nas jak w domu.
Ledwie Pani Sowa skończyła przemowę, rozległo się nieśmiałe pukanie w dębową korę. Już po chwili zza drzewa wynurzył się… on: średniego rozmiaru, pokryty futerkiem, ze śmieszną czupryną sterczącą na głowie i spiczastymi uszami. Ryś we własnej osobie! Kilkoro uczniów zachichotało, bo właściwie bardzo przypominał Kota Krzyśka z pobliskiego gospodarstwa, wyglądał tylko nieco bardziej pokracznie przez tą swoją zwichrzoną fryzurę.

 

Pierwszy dzień Ryśka w Leśnej Szkółce upłynął spokojnie i całkiem przyjemnie. Nowi koledzy na każdej przerwie zasypywali go setkami pytań o jego rodzinę, kraj pochodzenia i rysiowe zwyczaje. Zwierzak okazał się bardzo sympatyczny i z rozbrajającą szczerością opowiadał o sobie zaciekawionym uczniom. Choć odrobinę się jeszcze wstydził, to i tak czuł, że już niedługo znajdzie w nowej szkole prawdziwych przyjaciół.

 

 

Jednak następnego dnia, kiedy pełny nadziei Rysiek znów pojawił się w szkole, spotkało go coś bardzo niemiłego. Gdy chcąc się przywitać podszedł do grupki plotkujących zwierzątek, te momentalnie zamilkły i odsunęły się od niego. Na pierwszej przerwie sytuacja się powtórzyła – wszyscy koledzy obchodzili Rysia szerokim łukiem, a niektóre dodatkowo wytykały go pazurem czy kopytkiem. Podczas zajęć ruchowych z Panem Niedźwiedziem nikt nie chciał wybrać Ryśka do swojej drużyny, a w czasie gry w orzeszek nikt do niego nie rzucał. Biedny zwierzak nie wiedział co się dzieje – przecież jeszcze wczoraj wszyscy tak chętnie z nim rozmawiali… Po lekcjach w końcu nie wytrzymał – kiedy zając Zenek chciał prędko koło niego przemknąć, Rysiek przytrzymał go łapą.
Zenku, dlaczego nikt nie chce ze mną rozmawiać? Wczoraj byliście dla mnie tacy mili, a dziś nikt się do mnie nie odzywa… Czy zrobiłem coś złego?
Bo ten… No… Sam wiesz… Ty jesteś … Groźny. Tak mówił jelonek Jacek. Tak mówił, że przyniosły was tu jakieś człowieki i że to znaczy, że jesteście wszyscy groźni. – Zając Zenek powtórzył Rysiowi plotkę, przez którą wszyscy zaczęli go unikać i czym prędzej umknął przed siebie. Smutnemu zwierzakowi zachciało się płakać.

 

 

Gdy po powrocie z lekcji Rysiek dołączył do swojej wypoczywającej pod drzewem mamy – Reni, ona od razu zauważyła smutek malujący się na pyszczku kociaka i zaczęła go wypytywać.
Dlaczego masz zły humor, Rysiu? Wczoraj tak się cieszyłeś pierwszym dniem w nowej szkole, co się dziś zmieniło?
Wiesz, mamusiu, nikt mnie nie lubi… Wszystkie zwierzątka boją się i uciekają przede mną, a ja nie zrobiłem nic złego! Do tego jeszcze ten Zenek. On powiedział… powiedział, że ja jestem jakiś “groźny”!
Mama Renia zamyśliła się. Po chwili już chyba wiedziała, o co tak na prawdę chodzi w tej krzywdzącej plotce.
Synku, rysie nie są GROŹNE, a ZAGROŻONE. I to wcale nie jest coś złego, wiesz? To tylko znaczy, że jest nas tu niewiele i wymagamy specjalnej ochrony. Pamiętasz te istoty, które nas przyniosły do Lasu?
Te… Człowieki? 
Tak synku. Przeniesiono nas tutaj, by nam pomóc, a nie po to, byśmy zagrozili innym mieszkańcom. Twoi koledzy musieli coś pomylić… Tak na prawdę to pewnie bardzo miłe zwierzaki, tylko ze strachu zachowują się niemądrze.
– Rozumiem, mamusiu. Może jutro pozwolą mi chociaż to wszystko wyjaśnić…

 

 

 

Następny dzień w Leśnej Szkółce rozpoczął się od pogadanki urządzonej przez Panią Sowę, którą mama Renia poprosiła o pomoc w wyjaśnieniu nieporozumienia. Mądra nauczycielka wyjaśniła dzieciom, co oznacza słowo “zagrożony”, i że nie jest ono powodem, by bać się kogokolwiek, a już na pewno nie sympatycznego Ryśka. Zawstydzone zwierzątka miały okazję nauczyć się, że nawet jeśli ktoś wygląda nieco inaczej i pochodzi z obcego miejsca, to tak na prawdę w środku może być taki sam jak one. A już na pewno tak samo czuje i zasługuje na taki sam szacunek.

 

Na przerwie pierwsza podeszła do Ryśka sarenka Sara.
Przepraszam cię, Rysiu. Teraz już wiem, że nie powinnam cię wczoraj pokazywać kopytkiem. To było głupie.
I ja przepraszam. To było niefajne, co ci nagadałem… – dodał skruszony zając Zenek. – Ale wiesz, wszyscy tak gadali i… i ja się też trochę ciebie bałem i…
Dobra, dajcie spokój. W sumie już chyba was trochę rozumiem. Było mi tylko przykro, że nie daliście mi nawet szansy udowodnić, że umiem być fajnym kolegą, zamiast przez tą głupią plotkę od razu mnie skreślać. Przecież bym was nie pozjadał!

 

Wszystkie zwierzątka się roześmiały. To była dla nich prawdziwa ulga, że nowy kolega wybaczył im ten głupi błąd. A gdy z czasem lepiej go poznały, same przekonały się, że choć “zagrożony”, to na prawdę równy z niego przyjaciel.

 

 

KONIEC

 

P.S. Wciąż jeszcze nie czuję się zbyt pewnie pisząc opowiadania dla dzieci, dlatego będę wdzięczna za każdą opinię i uwagę. Podobała wam się bajka o Rysiu? Koniecznie dajcie znać w komentarzach! Będzie mi też miło, jeśli polubicie HeLeonki na Facebook’u i udostępnicie ten wpis swoich znajomym 🙂

 

Polecam także bajkę “Słoneczny Klucz” .

 

“Jak się pozbyć Złoślinka?” – bajka

Pięcioletni Antoś, przez rodziców zwany żartobliwie Ancymonkiem, to prawdziwy psotnik. Wszędzie go pełno, a gdy akurat nie może pobiegać lub poskakać, staje się nerwowy.

 

Gdy pewnego marcowego dnia Antoś wrócił z przedszkola, chciał natychmiast pójść pobawić się na podwórku. Niestety – wiosenna pogoda nie rozpieszczała i wciąż było bardzo zimno, w dodatku właśnie zaczynał padać deszcz. Właśnie dlatego mama stanowczo sprzeciwiła się zabawie na świeżym powietrzu. Nie chciała, by synka znów dopadł katar.
Antosiu, wyjdziemy na podwórko jak tylko deszcz przestanie padać. Obiecuję synku, a teraz możemy razem…
Ale Antek już nie chciał słuchać o tym, co może porobić wspólnie z mamusią. Zakaz wyjścia na dwór tak go rozgniewał, że w sekundę rzucił się na podłogę i zaczął w nią uderzać zaciśniętymi piąstkami. Mama zachowała spokój. Jak wiele razy wcześniej, chciała po prostu przeczekać antosiowy atak złości. Ale gdy chłopczyk zaczął dodatkowo strasznie głośno krzyczeć, wpadła na pewien pomysł…

 

 

 

Mama otworzyła szafę, w której schowane były zabawki do piaskownicy. Po chwili wyjęła z niej niewielkie zielone wiaderko z czerwoną rączką. Podeszła z nim do Antosia, ukucnęła i…
Szybko, wyłaź z mojego synka! – zawołała mama, lekko przykładając wiaderko do buzi chłopca. Krzyk Antka zabrzmiał zabawnie, zniekształcony przez plastikowy pojemnik. Po chwili mama zakryła wiaderko dłonią, tak jakby chciała dopilnować, by nic z niego nie uciekło.
No, w końcu cię mam, Złoślinku!

Dziwne zachowanie mamy na tyle zainteresowało chłopca, że jego usta momentalnie się zamknęły i w pokoju zapanowała cisza. Antek w milczeniu obserwował, jak jego mamusia otwiera okno i wysypuje na zewnątrz zawartość wiaderka.

Wreszcie mamy cię z głowy! – zawołała.
Eee… Co ty zrobiłaś, mamusiu? – zapytał chłopiec pod nosem.
Jak to co? Właśnie przegoniłam tego wstrętnego Złoślinka! Nie mów mi, że go nie znasz Antosiu. Przecież sam chyba słyszałeś, jak potwornie krzyczał do nas z twojego brzuszka!
Oczy chłopca szeroko otworzyły się ze zdumienia. Co to za jeden, ten Złoślinek? I niby skąd on wziął się w jego brzuszku? Widząc pytający wzrok chłopczyka, mama postanowiła opowiedzieć mu o tym niemiłym stworzeniu.
Antosiu, Złoślinek to taki mały stworek, który lubi czepiać się dzieci. Ten mały łobuz wykorzystuje każdą sytuację, która ci się nie podoba, by przez nosek wślizgnąć się wprost do twojego brzucha. Chwilkę w nim siedzi, rozpychając się łapkami – to ten moment, w którym czujesz się tak, jakbyś zaraz miał wybuchnąć. I właśnie wtedy Złoślinek próbuje wyjść. Ale to nie jest wcale łatwe i dlatego tak głośno krzyczy. Ależ on potrafi narobić hałasu… A więc kiedy już dopadnie cię taki Złoślinek, nie trzeba wcale próbować go powstrzymywać. Lepiej dać mu się wykrzyczeć, a jeśli ma się wtedy przy buzi wiaderko, to można go od razu szybciutko schwytać, wygonić na dwór i po problemie!

 

 

Antoś zastanawiał się chwilę nad słowami mamy. Co za niemiłe stworzenie z tego Złoślinka… Dobrze, że mamusia dała radę go prędko przegonić, bo gdyby nie ona, nie wiadomo jak długo jeszcze trwałyby jego straszne wrzaski.
– Mamo, a czy ten Złoślinek wróci? – zapytał Antek.
Obawiam się, że tak, synku. To bardzo podstępny stworek. Kiedy już raz sobie upatrzy dziecko, lubi czasem je odwiedzać. Ale przecież teraz już znasz na niego sposób, prawda?
– Tak mamusiu, pamiętam – wiaderko. Następnym razem na pewno sam go złapię i wyniosę!
– Na pewno Antosiu, to wcale nie jest takie trudne. – Mama była bardzo zadowolona, że prędko udało się zażegnać kryzys. Rozmowa o Złoślinku okazała się bardzo wciągająca i dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że przez chmury nieśmiało przebija się słonko.
Deszcz przestał padać, Antosiu! Teraz w końcu możesz wyjść na podwórko.

 

Chłopiec świetnie się bawił na świeżym powietrzu. Podczas gry w piłkę kilka razy rozglądał się wokół, czy gdzieś przypadkiem nie kręci się Złoślinek, ale nigdzie nie było nawet śladu po niemiłym stworku. Całe szczęście, bo Antkowi dopisywał humor i nie chciał, by to się zmieniło.

 

KONIEC

 

Jakie wrażenie zrobiła na waszych dzieciach ta krótka bajeczka? Czy Złoślinek nie wydał się im dziwnie znajomy?
Wymyśliłam Złoślinka podczas jednego z napadów złości mojego synka Leosia. Ta historyjka okazała się strzałem w dziesiątkę – odkąd Leo może sobie jakoś wyobrazić tą trudną emocję, którą jest złość, zaczął sobie nieco lepiej radzić z jej opanowywaniem. Chciałabym, by to opowiadanie pomogło również innym dzieciom. Jeśli chcecie, możecie wspólnie rozbudować opis Złoślinka – nadać mu imię, opisać szczegóły wyglądu. Wszystko zależy tylko od waszej wyobraźni. Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach, jakie były efekty!

 

“Słoneczny Klucz” – bajka

Być może w twojej klasie jest taki kolega, który prawie wcale się nie odzywa? A może jedna z dziewczynek podczas przerwy wciąż bawi się na boisku zupełnie sama? Taka właśnie była Ula – choć chodziła już do drugiej klasy, wciąż była cichutka i wycofana, z nikim nie chciała się zaprzyjaźnić. W chowaniu się po kątach pomagał jej fakt, że była bardzo drobna i niziutka, a jej stale związane w kucyk włosy były zwyczajnego, mysiego koloru. Koledzy ze szkoły śmiali się z Uli, że pewnie wszystkiego się boi, i że to pewnie właśnie przez to jest taka… taka dziwna. A Ula była po prostu nieśmiała. I przez tą swoją nieśmiałość zupełnie nie miała ochoty zawierać żadnych przyjaźni – zamiast spędzać czas z innymi dziećmi, ona wolała towarzystwo książek.

 

 

Na całym świecie była tylko jedna, jedyna rzecz, którą Ula lubiła bardziej, niż czytanie bajek. Tą najulubieńszą rzeczą dziewczynki było spanie. I wcale nie dlatego, że jej łóżeczko było wyjątkowo ładne, czy wygodne, ale dlatego, że Ula co noc śniła bardzo kolorowe sny. We śnie dziewczynka odwiedzała bajkową krainę pełną wróżek, księżniczek, wspaniałych zamków, a nawet… smoków! We śnie przeżywała prawdziwe przygody, tak jak bohaterowie jej ulubionych książeczek! We śnie nie była nieśmiałą Ulą, tylko przebojową Urszulką, którą wszystkie bajkowe stworzenia uwielbiały. Nie możesz się więc dziwić, że gdy tylko wieczór zaczynał się zbliżać, dziewczynka w tempie błyskawicy kąpała się, szorowała ząbki i wskakiwała w swoją ulubioną piżamkę. Po tym wszystkim mogła się wreszcie wygodnie umościć w pościeli i przytulona do ukochanego pluszowego misia czekać, aż spłynie na nią kolejny bajkowy sen.

 

Codziennie rano Ula z przejęciem opowiadała mamie o swoich sennych przygodach. Mama zawsze cierpliwie słuchała córeczki, jednak pewnego dnia zaczęła się o nią martwić. Dlaczego jej ukochana, mądra Urszulka  tak bardzo cieszy się tylko ze swych snów? Przecież każdy nowy dzień również powinien przynosić jej mnóstwo radości, a zamiast tego dziewczynka stara się je wszystkie jak najszybciej przeżyć, nie mogąc doczekać się wieczora. Za dnia nic jej nie cieszy… Gdy pewnego ranka mama wspomniała Uli o swoich zmartwieniach, ta wzruszyła tylko ramionami i jak zwykle znudzona poszła do szkoły.

Tego samego wieczora Ula jak zwykle wcześnie poszła do łóżka. Szybciutko zapadła w sen. Ten jednak nie był taki jak zwykle… Zamiast kolorów dominowała w nim szarość, a wszystko wokół wydawało się smutne. W pewnej chwili zdezorientowana Ula zobaczyła przed sobą obcą postać, przygarbioną i ze spiczastym nosem. “Dziwne…” – pomyślała. “Jeszcze nigdy nie śniła mi się żadna czarownica…“. Nieco wystraszona zbliżyła się do wiedźmy, a wtedy ta skrzekliwym głosem przemówiła:

 

Będziesz bezsennie się w łóżku mościć,

aż nie odnajdziesz na jawie radości.

Już ja cię dziecko życia nauczę!

Wrócisz tu tylko z Słonecznym Kluczem!

 

Tej nocy Ula bardzo źle spała. Kręciła się i nie mogła sobie znaleźć miejsca w łóżku. Nawet poduszka była jakby mniej wygodna niż zwykle. Rano dziewczynka czuła się tak bardzo zmęczona, jakby w ogóle nie spała. Co gorsza, następna noc nie była wcale lepsza – Ula prawie wcale nie mogła zasnąć, a gdy chociaż na chwilkę jej się udawało, były to raczej krótkie drzemki zupełnie pozbawione snów.

 

Po kilku dniach sytuacja wciąż wyglądała tak samo. Dziewczynka czuła się koszmarnie, chodziła niewyspana i smutna. Męczył ją nie tyle brak porządnego snu, co brak wrażeń. Każdy kolejny dzień straszliwie się ciągnął, zanudzając na śmierć. Do tej pory tylko kolorowe sny radowały Ulę, ale teraz nie mogła już nawet na nie liczyć. Piątego dnia dziewczynka miała już serdecznie dosyć – w szkole jej zły nastrój nie pozostał niezauważony, a to tylko sprowokowało kolegów do jeszcze wstrętniejszego wyśmiewania. Ula usiadła na łóżku w swoim pokoju i przytuliła się do ukochanego pluszowego misia. Miała go od urodzenia i był już nieco sfatygowany – gdzieniegdzie brakowało mu wypełnienia, a jedno ucho zaczynało się odpruwać. Zrozpaczona zaczęła łkać w jego miękkie futerko, a wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Miś uwięziony w uścisku Uli poruszył się i mruknął. Dziewczynka upuściła go i z niedowierzaniem otworzyła buzię. Jej miś… jest żywy? Jak to możliwe? Przecież to nie jest sen! Gdy już miała sobie pomyśleć, że to wyobraźnia spłatała jej figla, miś przemówił:
Ulka, co tak beczysz? Przemoczyłaś mi futro dziewczyno!
Dziewczynka była tak zaskoczona, że dopiero po dłuższej chwili odpowiedziała pluszakowi.
Ty… Ty umiesz mówić? Ja… przecież to mi się nie śni, ja już nie mam snów… 
To już zauważyłem, strasznie się ostatnio wiercisz, a przez to i ja nie mogę się wyspać! Koniecznie musimy coś z tym zrobić, tak nie może dłużej być! Kto zabrał ci te twoje sny? Już ja mu kości porachuję…

 

Miś był w bardzo wojowniczym nastroju. Widać było, że i jemu urszulkowa bezsenność nie wychodziła na dobre. Dziewczynka opowiedziała pluszakowi o swoim dziwnym śnie, czarownicy i kluczu, który podobno musiała odnaleźć, by móc znów trafić do krainy snów.
Ulka, a gdzie twoja mama trzyma klucze? Sprawdzałaś w tej jej śmiesznej małej szafeczce? Może przez te wszystkie dni miałaś ten swój Słoneczny Klucz pod samym nochalem, a ty mazgaiłaś się, zamiast go poszukać!
Ula pomyślała, że misiek może mieć rację. W kuchni rzeczywiście wisiała mała szafeczka, w której jej mama przechowywała wszystkie klucze – do domu, do piwnicy, garażu… Może i Słoneczny Klucz się w niej znajdzie? Chwyciła pluszaka pod pachę i pobiegła do szafki. Gdy do niej zajrzała, okazało się, że niewiele jest w niej takich kluczy, których nie zna. Ale skąd miała wiedzieć, czy któryś z nich jest Słonecznym Kluczem z jej snu?
I co teraz, misiu? Masz jakiś pomysł, co powinnam dalej zrobić?
Hmm… Niech no pomyślę… Może spróbuj dzisiaj włożyć te klucze pod poduszkę? Jeśli któryś z nich to ten słoneczny, to powinniśmy już dziś porządnie się wyspać!
Ula zrobiła tak, jak podpowiedział pluszak. Niestety, klucze pod poduszką nie tylko nie zadziałały, a sprawiły dodatkowo, że dziewczynce było bardzo niewygodnie.

 

Kolejny, sobotni poranek Ula rozpoczęła od narady z misiem. Choć nadal czuła się zmęczona i smutna, to jej nastawienie do problemu nieco się poprawiło, odkąd miała przy sobie pomocnika, nawet jeśli był tylko pluszowy.
Skoro nadal nie mam Słonecznego Klucza, to co powinnam teraz zrobić misiu? Tak bardzo chciałabym się wreszcie wyspać…
Ulka, a może powinniśmy znaleźć tą twoją czarownicę? Skoro to od niej wszystko się zaczęło, to może odnalezienie jej załatwi sprawę? A jeśli nie, zawsze mogę sobie z nią poważnie pogadać… Już ja jej przemówię do tej wiedźmowatej główki… Kto to widział, żeby tak dręczyć biedne misiaki… i dziewczynki oczywiście! – Miś szybko zreflektował się widząc urażoną minę Uli. – Znasz jakieś miejsca, w których można spotkać czarownice?
Misiu, do tej pory widziałam tylko jedną, we śnie. Ale tam nie mam teraz wstępu… Poza tym znam wiedźmy jedynie z książek, które czytałam.
Więc może powinniśmy wybrać się do biblioteki? Tam jest cała masa książek, może czarownicę też gdzieś tam znajdziemy. – Kolejny pomysł pluszaka spodobał się Uli.
To jest myśl, misiu! Chodźmy!

 

Niedługo potem przyjaciele byli już na miejscu. Ula rozsiadła się wygodnie przy jednym ze stolików w czytelni, na którym usadowił się miś. Przed nimi piętrzył się cały stos książek z najróżniejszymi bajkami i baśniami z całego świata. Dziewczynka przeglądała lektury jedna za drugą, ale nawet jeśli w którejś występowała czarownica, to żadna magicznym sposobem nie wyskoczyła z kart książki, ani tym bardziej nie podsunęła gotowego rozwiązania problemu. Z każdą kolejną bajką Ula była coraz bardziej zrezygnowana, a zmęczenie dodatkowo utrudniało skupienie się na czytaniu. Nagle poza szelestem przewracanych stron dał się słyszeć jeszcze jeden dźwięk. Coś jakby bzyczenie owada, który… nagle usiadł na samym środku czoła dziewczynki. Już chciała pacnąć go ręką, gdy owad odezwał się cichym głosem.
Hej, daruj sobie dziewczyno to machanie rękami! Przyleciałem wam tylko powiedzieć, że niedługo zamykamy bibliotekę i powinniście pomału się stąd zbierać. – Być może Ula bardziej zdziwiłaby się spotykając gadającego owada, ale już nic nie mogło zszokować jej bardziej, niż ożywający nagle pluszowy miś. Dlatego spokojnym głosem spytała:
A kim ty właściwie jesteś?
Jak to kim? Jestem Mól. A konkretnie Mól Książkowy, do usług. Pracuję tu od lat, widywałem cię już wcześniej, dziecko. 
A więc… znasz pewnie doskonale wszystkie bajki, Molu. Pomożesz nam znaleźć czarownicę? 
Wydaje mi się, dziecko, że wszystkie znane mi czarownice są w tych książkach przed tobą. One wam nie wystarczą?
Niestety nie, szukamy prawdziwej wiedźmy, musimy z nią porozmawiać… – Dziewczynka posmutniała. Skoro nawet ktoś tak mądry, jak Mól Książkowy nie znał czarownicy, to już chyba nikt nie mógł jej pomóc. – Molu, a może wiesz przynajmniej, gdzie można znaleźć Słoneczny Klucz?
Nie, takich informacji również nie posiadam. Chwileczkę… Drogie dziecko, może sowa wam pomoże.
Sowa? – Ula była mocno zdziwiona. – Dlaczego sowa miałaby nam pomóc?
No, sowa – mądra głowa, w wielu bajkach tak właśnie jest. A teraz zmykajcie już stąd, późno się zrobiło!

 

Gdy Ula i miś dotarli do domu, pluszak zaczął namawiać dziewczynkę do działania. Uważał, że skoro i tak brakuje im lepszego pomysłu, to powinni przynajmniej spróbować porozmawiać z sową.
Ale misiu, sowa to stworzenie nocne! A to by oznaczało, że musimy…
Właśnie tak, wybrać się nocą do lasu! Wielkie mi rzeczy.
Ja jeszcze nigdy nie wychodziłam nocą z domu, boję się. – Ulę na prawdę poważnie przerażała perspektywa błądzenia w lesie po ciemku. Do tej pory unikała chodzenia do lasu nawet za dnia.
Nie mów, że masz cykora, Ulka! Chcesz w końcu odzyskać te swoje sny, czy już zawsze będę skazany na to twoje wiercenie się w łóżku?
Chociaż dziewczynka wciąż nie była przekonana do nocnej wyprawy, to nie chciała więcej czuć się jak tchórz. Właśnie dlatego, gdy tylko zapadł zmrok, zaopatrzona w latarkę tatusia wymknęła się z misiem w szkolnym plecaku przez okno w swojej sypialni. By dotrzeć do lasu, Ula i miś musieli przejść jedynie przez kilka najbliższych ulic. Gdy tylko weszli między pierwsze drzewa, dziewczynce ze strachu zaczęły trząść się kolana. Mimo to z uporem wchodziła coraz głębiej i głębiej w zarośla. Dzięki latarce widziała całkiem sporo, jednak nigdzie nie mogła dostrzec sowy.

 

Po kilkudziesięciu minutach Ula zaczęła się martwić, że wyprawa się na nic nie zdała. Już miała zamiar zawrócić w stronę domu, gdy za plecami usłyszała dziwne hałasy. Coś jakby chrząkanie, chrumkanie i pękające gałązki…
Dzik! – Krzyknął głośno miś obserwujący wszystko z plecaka. – Ulka, wiejemy!
Choć dziewczynka biegła przed siebie ile sił w nogach, wciąż słyszała za sobą biegnące zwierzę.
Właź na to drzewo, szybko! 
Gałęzie pobliskiego dębu zaczynały się na tyle nisko, by nawet dziecko mogło się na nie z łatwością wdrapać. Ula wspinała się coraz wyżej na drzewo, aż w końcu poczuła się bezpiecznie – tu dzik nie mógł jej dosięgnąć. Przerażona dziewczynka oparła się o pień drzewa. Była tak zasapana, że dopiero po dłuższej chwili dostrzegła wpatrzone w siebie żółte, okrągłe ślepia.
Witaj! – zaskrzeczał głos w ciemności. Po oświetleniu promieniem z latarki okazało się, że tuż obok na gałęzi przysiadła sowa. – Czy mogłabyś być tak miła i nie oślepiać mnie więcej tym ustrojstwem?
Ach, tak… Przepraszam cię, sowo. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. Właśnie ciebie szukałam!
Mnie? A na cóż miałabym ci się przydać, dziewczynko?
Mam ogromne kłopoty, a Mól Książkowy powiedział, że tylko ktoś tak mądry jak sowa może mi pomóc.
Ula opowiedziała sowie o swoich problemach ze snem i o tym, jak się zaczęły. Mówiła o czarownicy, o jej dziwnym zaklęciu i o Słonecznym Kluczu, który musi odnaleźć, by wreszcie się wyspać. Sowa cały czas uważnie słuchała.
Słoneczny Klucz, powiadasz. Wiem co to takiego. I tak się składa, że nawet jeden posiadam. Dostałam go kiedyś w prezencie od leśnego skrzata…
Na prawdę masz Słoneczny Klucz? Sowo, czy możesz mi go dać? Bardzo cię proszę!
Niestety, drogie dziecko, problem w tym, że nawet jeśli teraz dam ci klucz, on nie zadziała. Nie bez powodu nazywają go Słonecznym. Mogą go używać tylko ci, którzy potrafią czerpać radość z każdego nowego dnia.
Ależ sowo…
Kochanie, skoro czarownica tak cię pokarała, widocznie miała ku temu dobry powód. Udowodnij mi, że potrafisz cieszyć się z tego, co cię spotyka, a wtedy podaruję ci klucz. A teraz muszę już lecieć, bo inaczej nie zdążę upolować tej nocy ani jednej myszki.
Po tych słowach sowa odleciała. W ostatniej chwili Ula zauważyła coś błyszczącego, zawieszonego na sznurku na szyi ptaka. Teraz wiedziała już na pewno, że sowa faktycznie jest w posiadaniu Słonecznego Klucza, i że musi bardzo postarać się, by go zdobyć.

 

Kolejny poranek bardzo różnił się od pozostałych. Ula, która codziennie rano skupiona była na opowiadaniu mamie swych sennych fantazji po raz pierwszy od bardzo dawna spostrzegła, jak przyjemne może być delektowanie się każdym łykiem pitego kakao. Nawet kanapki smakowały jakby lepiej niż zwykle. Widząc podejrzany uśmiech na ustach córki mama postanowiła wykorzystać sytuację i zaproponowała rodzinną wyprawę rowerową nad jezioro. Była w szoku, gdy Ula zgodziła się bez wahania. Zwykle wykręcała się od podobnych pomysłów na wszelkie możliwe sposoby, woląc siedzieć w domu z nosem w kolejnej książce. Tym razem było inaczej – dziewczynka nie tylko chętnie jechała rowerem, ale też świetnie bawiła się pływając w jeziorze i razem z tatą skacząc do wody. Po powrocie do domu zamiast zwyczajowo zaszyć się w swoim pokoju, obejrzała razem z rodzicami film w salonie.

 

Wieczorem Ula nie mogła wyjść ze zdumienia, że tak dobrze się bawiła. Całą niedzielę spędziła na wspaniałej rodzinnej zabawie i na chwilę zapomniała nawet o całych tych kłopotach z czarownicą i Słonecznym Kluczem. Kładąc się wieczorem do łóżka pomyślała, że chyba wreszcie zrozumiała o co dokładnie chodziło wiedźmie i sowie – poczuła na własnej skórze, że w promieniach słońca może czuć się równie szczęśliwa, jak w sennych marzeniach. Dziewczynka postanowiła, że niezależnie od tego, czy kolorowe sny powrócą czy nie, od teraz postara się wykorzystywać każdy kolejny dzień do zrobienia czegoś ciekawego.
Ula ułożyła się wygodnie pod kołdrą i gdy już niemal zaczynała odpływać, poczuła na ramieniu szturchanie.
Ulka, zobacz! – Miś koniecznie chciał jej coś pokazać. Na poduszce, tuż obok głowy dziewczynki leżało coś błyszczącego. – Sowa podrzuciła ci Słoneczny Klucz! Wreszcie się wyśpimy!
Dziewczynka ostatkiem sił wsunęła podarunek pod poduszkę i uśmiechnięta z całych sił przytuliła misia. Chwilę później już smacznie spała. Po raz pierwszy od wielu dni znów śniła, a sen był tak samo przyjemny, jak rodzinna wyprawa nad jezioro. I tylko na chwilę pokazała się w nim czarownica, ale tym razem nie rzucała już na Ulę żadnych uroków, tylko z daleka mrugnęła do niej jednym okiem i żartobliwie pogroziła paluchem. Przez chwilę Uli wydawało się nawet, że postać z daleka dziwnie przypomina jej mamę.

 

KONIEC

 

Drogi czytelniku, jeśli dobrnąłeś do końca tej opowieści, to bardzo cię proszę o wyrażenie swojej opinii w komentarzu. Po raz pierwszy w życiu napisałam coś tak długiego (nie licząc wypracowania na maturze!) i jestem bardzo ciekawa, co sądzisz o mojej bajce. Szczególnie interesują mnie opinie najmłodszych słuchaczy, dlatego będę zaszczycona, jeśli przeczytasz “Słoneczny Klucz” swojemu dziecku i zapytasz je, czy bajka mu się podobała 🙂 

Close